wtorek, 2 maja 2017

Depresyjny Pamiętnik - 2.05.2017 - Droga ku końcowi

    2.05.2017

    Otwieram oczy. Witam nowy dzień jakby za karę...Chciałbym móc rozmyślać o możliwościach, które mi oferuje środowisko, w którym jestem. Ale nie potrafię...Bo już nawet kontemplacjami jestem zmęczony. Wszystkimi tymi, które prowadzą do jednej konkluzji - Co ja właściwie tu jeszcze robię?...Czyli właściwie prawie wszystkimi, które mi się przewijają. Już od tygodni, może miesięcy nawet...w sumie zaryzykowałbym, że już od lat nie potrafię znaleźć powodu, który pozwoliłby mi powiedzieć bez wahania: "To po to wstaję! Mam po co żyć!" Choć brzmi jak wyświechtany zwrot uczuciowego nastolatka, któremu po raz pierwszy jest dane przeżywać większe niepowodzenie niż on sam, przeraża mnie to coraz bardziej...

    Zapadła noc. Ponownie dopada mnie gonitwa myśli w moim łóżku - mojej małej trumnie. O tej porze umieram chyba jeszcze szybciej...i boleśniej niż wtedy, gdy jest jaśniej. Mój niepokój wzrasta jak napędzająca się nerwica w stresującej pracy. Wtedy mam jeszcze większą ochotę się uwolnić od niebytu tutaj. Niebyt po drugiej stronie nic by nie zmieniał poza tym, że nie byłbym go świadomy. A to chyba dla mnie byłoby teraz największą ulgą. Wszystko w nocy dotyka mnie o tysiąckroć bardziej. I sam nie wiem, czy wszystko się staje dla mnie jeszcze wyraźniejsze, czy po prostu poczucie samotności w półmroku wpędza mnie w jeszcze większą życiową konsternację...

    Nieprawdopodobne się wydaje nie posiadać nikogo, komu mogłoby się prawdziwie zawierzyć to, co cieszy lub smuci. Ale jeśli w mniemaniu większości populacji jest to niemożliwie, mogę powiedzieć ironicznie, że dokonałem cudu. Bo przyjaznej(nie przyjacielskiej)relacji z czystymi intencjami już nie pamiętam...Traktują mnie ludzie jak dobre wyjście awaryjne; czasem jak worek treningowy; a najczęściej jak wujka dobra radę, z którego pragnieniami względem osoby, która do niego przychodzi po korzyść, nikt się nie liczy...

    Czuję się czasem jak romantyczny poeta ze swoim bólem, gdy tak patrzę na siebie z boku. Ale kiedy ponownie udaję się w podróż w głąb siebie, jakbym wchodził w buty drugiego człowieka, ponownie sobie uzmysławiam, czemu tak ciężko mi wyjść z apatii...Choć swoją postawą egzystencjalną artysty nie przypominam, to usposobieniem już o wiele prędzej. Ktoś kiedyś powiedział: "Poeta to taki, co umie w ładny sposób być nieszczęśliwy". Tak i ja postanowiłem w miarę niebanalnie oddawać, co czuję. Odnaleźć przez to w sobie choć odrobinę barwności w mej codziennej utopii. 

    Bo choć niejeden artysta przeczył, że jego twórczość nie musi być tożsama z jego faktycznymi przeżyciami, to i tak dobrze wiem, że w rzeczywistości przeważnie nimi się kieruje. Bo właśnie głównie po to się chce zostawać poetą: Poznanie swojej nieporadności przekuć w głębokie filozofowanie w oczach innych. Nie mówię, że wyjątkowość, którą ze sobą człowiek niesie, nie może być tym filozofowaniem. Wiem tylko, że nie jest wynikiem genetycznego geniuszu, a nieprzyjemnych stanów, które koniec końców do filozofowania zmuszają. Ale tylko wytrwali wyniosą z tego coś więcej. Jak zawsze zresztą w życiu.

    Ale ja przyznam, mam już dość chwilami pojmowania mnie jako zniewieściałego melancholika. Melancholika, który potrafi zaskoczyć swoją niecodziennością, ale prawie nigdy nie zaintrygować...Jedyne, co już mogłoby mnie ocalić, to odkrycie przez kogoś, że te zgrabnie ubrane frazy w moim wykonaniu nie są wyłącznie dobrze spożytkowaną weną, a przede wszystkim ogromnym cierpieniem życiowego włóczykija, który już zmęczył się tajemniczością wokół siebie...który już po prostu woła o pomoc...

    Tylko czy znajdzie się taki filozof, by to dostrzec?...

Autor: Dewiacyjny

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Depresyjny Pamiętnik - 24.04.2017 - Więdnięcie

    24.04.2017

    Moje życie traktować próbuję jak religię poczciwca, nie obłudnika. A tą religią dla mnie byłaby miłość...gdyby nie to, że jestem niereligijny, choć miłuję czasem za dwojga...

    A bezbożnikiem się staję, gdy umrzeć mi przychodzi równie szybko, co rozkwitnąć. Więc jak pośmiertne wynagrodzenie w tej religii rozumieć, gdy i samo życie idzie kwestionować?

    Kwestionuję, czy aby nie jest iluzją samodzielnie się nakręcającą, ilekroć świadomość znosimy i próbujemy nad tą pokrętną projekcją zdobyć nawet najmniejszą kontrolę.

    Wciąż jednak głupi w tą możliwość wierzę choćby dla spokoju jak spanikowany ulega propagandzie tego z większymi wpływami, by móc mieć choćby pozorne poczucie tożsamości.

    Choć i wiarę zatracam, gdy widzę, czego serce nie chce zobaczyć, a powinno, lecz próbuje zakrzyczeć jak cenzorzy to, co niewygodne mogłoby być w kreowaniu publicznej opinii.

    Lecz i ślepnąć zaczynam, gdy poczucie bezsensu deformuje mi rzeczywistość. A gdy wzrok wysiada, krytyczne rozpoznanie przez wyczucie jest takie zawodne.

    Bo to wyczucie jedynie jest przeczuciem, kiedy czucie przez zmysły to tylko już gra wyobrażeń. A gdy nie ma sił nawet na kreatywność, jak skrzywdzony w azyl, tak ja uciekam w trywialność.

    A w niej nie ma nawet jak błądzić...

Autor: Dewiacyjny

czwartek, 30 marca 2017

Myśliciel #40: Godząc się ze swym losem

    Ponoć każdy ma prawo do szczęścia. Ale czy aby na pewno, skoro nie każdy może dotrzeć do tego, co prawdziwie go cieszy? Jak o szansach mówić, kiedy nie można walczyć o to, czego prawdziwie się pragnie, a pozostaje tylko zbierać, co się da? Ponoć to my decydujemy o tym, czy będziemy szczęśliwi. Ponoć to nasze decyzje! Jednak nie do końca, skoro jesteśmy skazani na coś, czego zmienić nie możemy! 

    Prosty, bardzo banalny przykład: To tak jakbyśmy mieli za pożywienie jedynie surowe ziemniaki, kiedy smakuje nam chociażby kalafior. Jak wtedy odkryć rozkosz smakowania? Skąd czerpać radość z tego, co się ma, gdy przeznaczone jest nam to, czego się nie lubi? Wydawałoby się, że nie wiadomo po co przykazane jest dalej się starać o cokolwiek, gdy nie ma już nic, co szczerze raduje. Wtedy pozostaje tylko przekonanie się do tych rzeczy, które posiadamy. A w jaki sposób? Jak
można czerpać z nich szczęście, skoro nie będą nigdy zrealizowaniem naszych najskrytszych pragnień? 


    Może warto po prostu zmienić nieco priorytety? Czasem trzeba się nieco oddalić od tego, co wydawało się dotychczas najważniejsze. Niekoniecznie przecież jest to dla nas najlepsze w tym położeniu, w którym jesteśmy. Często czegoś chcemy zawładnięci uczuciem, lecz znajdujemy
jedynie niepowodzenie. Przywiązujemy się do pewnej rzeczy, wiążąc z nią wielkie nadzieje. Lecz w rzeczywistości posiadanie jej jest tak możliwe jak przywrócenie nieodwracalnie zmarłego do żywych. Po cóż więc traktować dalej tą rzecz jako warunek konieczny naszego spełnienia, skoro przez nią tylko cierpimy? A właściwie przez wizje względem niej. Obiecujemy sobie wiele, choć te obietnice nigdy nie zostaną spełnione, bo jest to nierealne. 


    Zatem musimy się nauczyć bez nich żyć. Inaczej aspirując do czegoś, co się nie dokona, jest wtedy skupianiem się na tym, co nas smuci. Im bardziej się w tym pogłębiamy, tym bardziej na nas wpływa główny czynnik naszych frustracji. A wtedy tym łatwiej też rodzi się przekonanie, że życie nie ma większego sensu. Zatem jak mu go nadać? Zacząć wynajdywać to, co nas raduje. Właśnie w tym, co pozostało. Przestać pojmować to jako skazanie, bo inaczej nigdy nie znajdziemy szczęścia na dłuższą metę, potępiając swoje życie. Nie znajdziemy w nim najmniejszej radości, nie będąc
przekonanym do niego, a wręcz trzeba się z początku do niego zmusić, jeżeli chcemy dać sobie szansę. 


    Ale czy to nie jest przypadkiem takie oszukiwanie się? Czy to nie jest tylko uczynienie życia znośniejszym? Jeżeli będziemy cały czas mieli takie spojrzenie na świat względem rzeczy, z którą wiązaliśmy wiele, to zawsze życie będzie tylko taką szkołą przetrwania. Zatem warto na nowo uczyć się je smakować! Nauczyć się doceniać wartość tych rzeczy, które dotychczas niewiele nas obchodziły lub wydawały się niezbyt istotne. Będziemy znacznie bardziej otwarci na nie, oduzależniając się od tych, do których się tak mocno przywiązaliśmy, a są dla nas tak naprawdę
destrukcyjne. 


    I choć możemy mieć ich toksyczności świadomość, zawsze trudno jest się uwolnić. Kiedy cierpienie nas ogarnia na tyle, że nie potrafimy go przezwyciężać, zaczynamy szukać jak największej wygody w tym położeniu, w którym jesteśmy. A gdy ją znajdziemy, opatulamy się nią jak tylko możemy, byle nie poczuć tylko większego zagrożenia. Traktujemy ją jako wszystko, co
najlepsze możemy mieć. Choć próbujemy pojmować ją jako sposób pocieszania się, to tak naprawdę to pewna forma godzenia się z tym, że inaczej nie jest nam dane żyć. Frustruje nas fakt, że ta wygoda jest nędzą w porównaniu z tym, czego w głębi duszy byśmy chcieli. Upokarza nas to,
że musimy ją przyjmować, żeby jakkolwiek przeżyć. 


    I jeśli już w końcu znajdujemy jakąś motywację, która pomaga nam się przełamać i wyjść ze swojego utopijnego świata, nie potrafimy do końca brać spraw w swoje ręce. Dlaczego? Ponieważ patrzymy na świat wokół poprzez pryzmat własnej niedoli. Trwamy w przekonaniu, że nie jesteśmy godni sukcesu. Wciąż żyjemy niepowodzeniami, które są dla nas znaczące. A kiedy narastają, coraz bardziej wyniszczają. Stąd się rodzi niechęć do życia. Wolimy powrócić do jakiegoś kąta, cicho umierając, bo wydaje się to znacznie łatwiejsze niż wysiłki, które i tak nie przyniosą zwycięstwa. A jeżeli już czegoś chcemy od życia, zazwyczaj wymagamy wtedy, by dorównywało temu, co sobie niegdyś tak namiętnie obiecywaliśmy. Dlatego tym trudniej będzie nam się otworzyć na inne wyzwania, a tym bardziej się im poświęcić. 

    Bo przecież za co lubić to, do czego nie potrafimy się tak łatwo przekonać? Za to, co z tej rzeczy
wyciągnęliśmy dla siebie! Nie porównując jej do tego, do czego dotąd aspirowaliśmy, ale skupiając się na tym, co właśnie ona może nam zaoferować! Może mieć swoją określoną funkcję. Ale np: tak jak wcześniej wspomniany surowy ziemniak nie będzie sam w sobie wytrawnym owocem, tak możemy coś z niego przygotować innego niż to, czym pierwotnie jest. Nie musimy go spożywać
surowego! Możemy go ugotować, podsmażyć, posolić. Cokolwiek przyjdzie nam do głowy, to z nim zróbmy, jeżeli tak nas boli sam fakt, że tego ziemniaka mamy! W takiej formie go przygotujmy, w której będziemy mogli go z chęcią spożyć! A przy okazji tyle rzeczy możemy się nauczyć! Będziemy potrafili przygotowywać nową potrawę, wcielimy się w rolę kreatywnego kucharza...I wiele innych
rzeczy! A przede wszystkim powinniśmy czerpać satysfakcję z tego, że potrafiliśmy sobie poradzić z tym, do czego nie byliśmy zbytnio przekonani! Że potrafiliśmy wykrzesać z tego znacznie więcej niż to, co w sobie jeszcze nie tak dawno zawierało! I z tego sukcesu bądźmy dumni! 


    Ale mogłoby zaraz się pojawić pytanie: "No dobrze, wykonałem niezłą robotę, ale wciąż z ziemniaka! Oddaliłem od siebie myśl, że nie mogę mieć jakiegoś owocu, ale chciałem jednak coś
słodkiego!" Fakt, niby skupiliśmy się na tym konkretnym aspekcie i z niego czerpiemy całe bogactwo! Jednak to nie jest wciąż spełnienie marzeń co do słodkości. Owszem! Nie jest! Ale to, jak będziemy szczęśliwi z tego, co właśnie zrobiliśmy, zależy od tego, jak bardzo będziemy to doceniać. Jak bardzo uczynimy to znaczącym w naszym życiu. Jak bardzo pozwolimy, żeby dobrze to na nas oddziaływało pod względem ogólnym. W ten sposób przecież poprawiamy swoje samopoczucie, a przez to mentalność i przez co jeszcze swoją samoocenę. Stąd też przeważnie poznajemy swoją wartość, rozpatrując to, w czym nam się udaje. 


    Ale ktoś zapyta: "To można coś uczynić znaczącym w naszym życiu?! Przecież to, co jest dla nas istotne, nie jest tym, co sobie wymyślimy!" Otóż właśnie tak jest! To, że do czegoś mamy szczególne predyspozycje - wydaje się, że wręcz jest nam to przeznaczone! -  nie oznacza, że to będzie dla nas automatycznie ważne! Mimo iż powinno się jak najlepiej swoje talenty wykorzystywać, to przecież nie są one warunkiem naszego szczęścia! Ktoś ma potencjał na wspaniałego naukowca, ale on sam czuje, że się by w tym nie spełniał. Woli pójść np: na weterynarię, bo kocha zwierzęta. Ale dlaczego nie spełniałby się w tym, do czego się szczególnie nadaje? Ponieważ ma inne priorytety! I to od nich jest uzależnione jego spełnienie! A kiedy można
o nim mówić? 


    U każdego oczywiście dokonuje się inaczej. Jednak nie jest tym, co wielu sądzi. Nie jest kilkuminutową emocją. Nie musi być spowodowane tylko tym, że się układa na co dzień(patrz: proza dnia codziennego). Nie musi to być tylko błogi spokój. To stan, w którym przede wszystkim doznajemy ukojenia, że dokonuje się to, czego pragnęliśmy. Z tym, że pragnienie nie jest stałą potrzebą jak np: uzupełnianie płynów. To pewien wewnętrzny wymóg bycia jak najbliżej tego, z czym czujemy się mocno związani. Jak najsilniejszego doznawania tego, co wzbudza w nas same najpiękniejsze odczucia. A im bardziej się od czegoś uzależniamy, tym bardziej tego potrzebujemy,
by żyć, albo chociaż przetrwać. Zatem czasami warto się powoli oddalać od rzeczy, która przysparza nam tylko coraz to więcej cierpień i odrodzić się na nowo! Uwolnić się i znaleźć prawdziwe szczęście, a nie tylko łudzić się, że coś jest nam w stanie je dać. A wtedy należy ustalić inne priorytety, inne cele. Już wtedy planujemy po części nową drogę do spełnienia! Drogę, po której już samo stąpanie sprawi, że odżyjemy pokrzepieni nowymi perspektywami. 


    Oczywiście, jeśli naprawdę będziemy je traktować jak szanse proszące się o wykorzystanie. 
A zawsze najbardziej jesteśmy otwarci na tą wizję, na której się jeszcze zbyt mocno nie rozczarowaliśmy. Choć wiadomo, że nie powinno się też poddawać od razu, jeśli czujemy, że cel naprawdę jest warty poświęcenia. Ale jeżeli nie pomagają nam myśli o tym, ile mamy przed sobą
możliwości; czy niespecjalnie jakaś perspektywa nas pokrzepia; czy nawet nie wiemy sami jeszcze dokładnie, na co się zdecydować, warto zatem utwierdzić się w tym...co nas boli! Poznać dokładnie swoje bolączki i zacząć udowadniać sobie, że nie musimy być od nich zależni! Że możemy być ponad to! Że jest się kimś wartościowym, skoro możemy je zwalczać! Oczywiście, jednocześnie musimy wiedzieć, co nas od nich odciąga, żeby móc się od nich powoli uwalniać. Walka z nimi to jedno. Ważne jest również, by trzymać je na dystans. Bo im bliżej nich będziemy, tym bardziej będą na nas wpływać. A nie staniemy się na nie odporni, nie mając jak od nich odpocząć. Lecz kiedy już oduzależnimy się od nich, z tego również możemy czerpać satysfakcję.

    Warto zawsze mieć z tyłu głowy, że spełnienia się nie nabywa jak np: umiejętności czytania. Spełnienie się osiąga. Wręcz wypracowuje! Dlatego nieustannie musimy się o nie starać! Nigdy nie możemy pozwolić, by najdrobniejsza rzecz nam zamknęła drogę do niego!


Autor: Dewiacyjny

wtorek, 14 lutego 2017

Myśliciel #39: Walcząc z Nietykalnymi

    Często mamy do czynienia z ludźmi, którym nie bardzo można na nic odpowiedzieć. Ale nie dlatego, że tak dobrze ripostują, a dlatego, że odpysknięcie wiąże się z konsekwencjami. Nie wynikają one z tego, że taka jest cena za prawdę, którą się głosi. Lecz z tego, że naruszyło się rzekomą nieskazitelność nieżyczliwego - targnęło się na jego immunitet. A takimi nietykalnymi są ci, którzy pełnią jakąś większą rolę - przeważnie sprawują nad czymś pieczę lub są za coś odpowiedzialni. Nikt im raczej tego przywileju nietykalności oficjalnie nie nadaje. Jest on zazwyczaj
wpisany w rolę, którą pełnią. I tu mowa nie tylko o posadach, które są powszechnie uważane za
najwybitniejsze np: polityk, szef korporacji. Ale też o nieco bliższych człowiekowi misjach jak nauczyciel, rodzic. 


    Immunitet ma na ogół ma chronić tych, którzy mają jakąś władzę lub szczególną misję. Ma za zadanie trzymać na dystans tych, z którymi musi się "wybrany" zmagać, wypełniając swą powinność. I na pewno taki immunitet mógłby dobrze służyć politykom, który zapewnia im
w pewnym sensie bezpieczeństwo. Bo zwykle odstrasza skutecznie tych, którzy chcieliby dokonać jakiegoś małego zamachu za każdym razem, kiedy nie spodoba się wyborcy to, że poseł np: zakłada inny krawat od czasu kampanii wyborczej. Jeśli jednak ktoś się już zdecyduje osobiście podziękować swojemu ulubieńcowi, by ten przekonał się na własnej skórze, jak raduje się obywatel, to taki człowiek musi się liczyć z tym, że będzie musiał za możliwość bezpośredniego wyrzucenia swoich emocji zapłacić.


    I immunitet rzeczywiście powinien spełniać swoją funkcję, kiedy trzeba zapobiec niepohamowanym zapędom niektórych ludzi. Gorzej, gdy posiadający przywilej nietykalności zaczynają go nadużywać. Gdy zaczynają mocno przesadzać. Niby wolno im. Ale warto się wtedy
zastanowić, do czego w zasadzie ten immunitet jest im potrzebny? Bo jeżeli ktoś zaczyna na potęgę
wykorzystywać swoją bezkarność, to trudno sądzić, że takiemu człowiekowi zależy na czymś więcej niż na urozmaicaniu sobie życia. Zapomina o obowiązkach, które wiążą się z rolą, którą odgrywa. Jedyne, na czym wydaje się skupiać, to to, jak bardzo utrzeć nosa innym, że on może robić te rzeczy, którym ludziom bez większych praw nie wolno. 

    
    Ciśnie się na usta powiedzenie: "Co wolno wojewodzie, to nie Tobie, smrodzie." Dzięki konkretnym przywilejom na pewno tak jest. Ale czy to oznacza, że ktoś, kto ich nie posiada jest gorszy i nie zasługuje na to, by go godnie traktować? Oczywiście, że nie! Nie ma nikogo lepszego, czy gorszego! Ktoś się może tylko gorzej zachowywać lub lepiej. A na szacunek zasługuje każdy!
Jednak na większe poważanie już trzeba sobie zasłużyć. Zaś autorytet wypracować. Choć niektórzy myślą, że skoro są np: nauczycielami lub rodzicami, to autorytet jest ich kolejnym przywilejem związanym z misją, którą pełnią - a przynajmniej powinni. I podważanie tego autorytetu jest w ich mniemaniu jest targnięciem się na nich - czyli przekroczeniem granicy immunitetu. I tu mówimy
o immunitecie niepisanym, zatem takim, który nie ma charakteru prawnego, ale tym bardziej ma się tego przywileju świadomość im mocniej widać, że rola, którą ktoś odgrywa, stawia go w elicie społecznej(czy też danego środowiska) lub stawia go nieco wyżej nad przeciętnym Kowalskim. A przynajmniej takie to sprawia wrażenie, że jest rzekomo kimś lepszym. Ale to wystarczy człowiekowi z tej "elity", żeby się nawet na takie wrażenie powoływać, kiedy poczuje się zagrożony. To pomaga mu zbudować odpowiednią otoczkę wokół swojej osoby, żeby przestraszyć atakującego lub kontratakującego. 


    Czasami może nawet nie wykazywać się zbytnio tym, że potrafi się inteligentnie obronić. Im mniej skutecznie człowiek potrafi się obronić - polegając na swoich umiejętnościach - tym bardziej potrzebuje do tego przywilejów, żeby móc się nimi zasłaniać, bo w otwartym polu jest niemal skazany na porażkę. Zazwyczaj też ten nietykalny - żeby stłumić zapędy przeciwnika - po prostu wyraża(aluzją lub wprost) swoje niezadowolenie, podkreśla swoją pozycję(schlebiając samemu sobie lub poniżając drugą stronę konfrontacji) lub próbuje wywrzeć poczucie winy na nieprzyjacielu, że źle postępuje, sprzeciwiając się. Tym bardziej te działania będą skuteczniejsze, im mocniej będzie oponent ulegał wrażeniu, że pokonanie tego nietykalnego nie jest za bardzo osiągalne. Tym łatwiej będzie temu, co ma lepsze przywileje, zbić z pantałyku tego, który tak przydatnych przywilejów nie ma. A im efektywniejsze to będzie -  a przy okazji efektowne - tym
mocniejszą będzie budował nietykalny markę swojej osoby - będzie siał większy postrach. A przez to wzmocni siłę swojego immunitetu. 


    Nikt przynajmniej od razu nie zechce go naruszyć, a niektórzy też uwierzą, że ten przywilej temu nietykalnemu się należy. Oczywiście tu już mowa o zapobieganiu jakichkolwiek sprzeciwów,
najmniejszych konwersacji. W tym celu posiadający przywilej nietykalności próbuje oponentom wpoić, że to on jest panem na zamku i że jego racja jest tą jedyną, właściwą. Krótko mówiąc, łaknie posłuszeństwa. Zatem nie wytłuszczy stanowczo swoich racji poprzez gorącą dyskusję, a poprzez siłę "przekonywujących" argumentów. Nietrudno się domyślić, że chodzi tu o przeróżnego rodzaju
szantaże. Najdobitniej to widać w konfrontacji ról, w której uprzywilejowany chce być wyraźnie nad
nieuprzywilejowanym, a najlepiej, żeby udało się takiego sobie podporządkować. I co wtedy robi? Uderza w to, co jest ważne dla tego drugiego i bezlitośnie stara się wykorzystać czułe punkty. Nie musi się zachowywać sprawiedliwie, by go poskromić. Przecież nie musi się obawiać o konsekwencje! Po to ma immunitet, by się bronić na wszelkie sposoby! Nierzadko jest też tak, że
nietykalny ma nad nieuprzywilejowanym jakąś władzę. Więc często po prostu odbiera mu to, bez czego jego podwładny nie może dobrze funkcjonować. A wszystko po to, by ten poczuł się jak w piekle i się nawrócił. Ale w tym sensie, żeby był łagodny jak baranek i z pełną świadomością przyjmował to, czego się od niego wymaga.


    Będąc już przy wątku religijnym, to cały ten proces można porównać do działań księdza, który chce ukształtować moralnie młodego człowieka, który poszukuje swojej wiary. W tym celu przedstawia kapłan przedstawia mu prawdy oparte na rzeczywistych założeniach wyznania, jednak
podkoloryzowuje pewne rzeczy i zmienia co nieco w swoim interesie, by zyskać nie tyle członka wspólnoty, a frajera, który będzie mu usługiwał. Ten ksiądz z taką ekspresją opowiada o swoich przekonaniach, żeby ten chłopak uwierzył, ze innej drogi - niż ta, o której rozprawia - nie ma. Do chłopaka od razu to wszystko nie przemawia, zatem postanawia się od tego odłączyć. Kapłan jednak nie odpuszcza i tak utrudnia życie chłopakowi, by ten odczuwał coraz mocniej to, jak bez tych racji księdza życie jest nieciekawe. Chłopak w końcu ulega kapłanowi, choć nie dlatego, że uwierzył, a zgodził się na jego plany wobec siebie w desperacji. Po to, by dłużej się nie męczyć
z tym natrętem, któremu w rzeczywistości nie zależało na tym, by pomóc chłopakowi odnaleźć sens swego życia. Kapłan tylko instruował poważanymi prawdami po to, by poruszyć sumienie chłopaka, że wszystkie radykalne działania są dla jego dobra. A wszystko, co ksiądz robił, to nic innego jak manipulacja.


Autor: Dewiacyjny

niedziela, 5 lutego 2017

Depresyjny Pamiętnik - 5.02.2017 - Umieranie

    5.02.2017

    Mam dość!

    Ciągłego zastoju w moim życiu: 
Czekania na uznanie, nie wygrywając zbyt wiele. 
Słabej woli w wywiązywaniu się z deklaracji składanych przed samym sobą. 
Wielkich zapowiedzi; średnich przygotowań; słabego turnieju.
Nagłych zrywów i zatrzymywania się zaraz po nich w pół drogi.

    Przedłużających się dni:
Trudnych pobudek i jeszcze cięższego wstawania.
Stawiania sobie co dzień jednego jedynego zadania - przetrwać.
Rozwlekania porażki i szukania w każdej jej niesprawiedliwości.
Nie dopuszczania do siebie niczego, zatracając się w swoich słabościach.

    Przepuszczania każdej chwili:
Odrzucania szans, usprawiedliwiając swoje lenistwo byciem niekompetentnym. 
Zasłaniania ogólnym zagubieniem każdej nieporadności.
Ucieczki od radykalnych terapii, zasłaniając tchórzostwo głębokim pogrążeniem.
Trwania w ten sposób, jakbym miał na szaleństwo jeszcze całą wieczność.

    Mam dość!

    Kreowania własnego życia na wzór komediodramatu,
W którym na głos widz śmieje się z niezdarności głównego bohatera,
A w głębi duszy odnajduje w nim cząstkę samego siebie.
Bo jemu również daleko od kogoś, kto naprawdę żyje.
Bo tak jak ten życiowy nieudacznik, każdego dnia, powoli umiera...

    Dość...

Autor: Dewiacyjny

piątek, 13 stycznia 2017

Depresyjny Pamiętnik - 13.01.2017 - Nie byłem i nie jestem Sobą

    13.01.2017

    Mogę swoją sytuację wśród ludzi nazwać pechowym zrządzeniem losu. Ale ilekroć zaczynam na trzeźwo patrzeć na siebie z boku, o wiele surowiej, samemu chce mi się śmiać z tego nieudolnego człowieczka. Na tego człowieczka, który zrzuca swoje niespełnienie na niewłaściwe otoczenie(jak za każdym razem zresztą), a sam nie daje innym większych powodów do tego, by mogli dostrzec w nim coś intrygującego. 
    Przed zwykłymi znajomymi i obcymi boję się czymkolwiek podzielić, ulegając swojej bojaźni, że zamiast zabłysnąć, to się zbłaźnię. Natomiast zaufanym jedynie coraz częściej biadolę o tym, jak bardzo mam chęci, by walczyć, ale jak bardzo brakuje mi sił.

    Jak mam wymagać od innych, by dali mi szansę, skoro sam omijam szerokim łukiem ludzi, którzy prezentują postawę podobną do mojej?...
    Jak mam wymagać życzliwości od tych, których traktuję tak, jak sam nie chciałbym być traktowany? Zwłaszcza, gdy czasem tyle we mnie toksyczności, że mógłbym podejrzewać siebie o pokrewieństwo z największymi tyranami tego świata...Ten sam rodzaj sadyzmu, choć zabijamy ludzi w inny sposób. Ja w trochę subtelniejszy, ale wcale nie mniej nieludzki...

    Dlaczego tak trudno jest mi być moją najprawdziwszą wersją siebie? Dlaczego boję się tego, że ktoś może pomyśleć o mnie nie tak, jakbym chciał? Przecież to nieuniknione...A przez desperacką próbę przypodobania się wszystkiemu i wszystkim zawsze kończę w martwym punkcie. Bo ostatecznie chcę podobać się na tyle innym, by mieć powód do podobania się samemu sobie.
    Jestem jak wieczny chłopiec ze złamanym sercem, który w ramach wynagrodzenia sobie miłosnego zawodu, chce mieć najtwardsze dowody zachwytu innych nad nim. Po to, by tym złudnym poczuciem atrakcyjności wypaczyć usychanie z pragnienia. Wmówić sobie, że to, czego w głębi duszy pragnie, a przez czego brak cierpi, jest jedynie otrząsanie się z przekłucia bańki, w których było tyle dziecinnych fantazji. 

    Niby nigdy nie chciałem przed każdym błyszczeć jak złoto, ale chyba wszystkie moje starania, by każdy miał przyzwoity obraz mnie, właśnie do tego się sprowadzały. Teraz moja bezradność wynika raczej z tego, że nie umiem pogodzić się z tym, że nie każdemu się spodobam, choćbym się wykańczał nawet zdrowotnie. A przecież na gusty każdego(bo to, co nas zachwyca, właśnie definiuje gust - nasze osobiste piękno)się nie wpłynie. W sumie, w pewnym sensie, to tak jakby chcieć zmieniać naturę wszystkich wokół, bo gust, to tak naprawdę odruch...

    Ech...więc chyba pozostaje szukać najlepszej wersji siebie...Ale wciąż do znalezienia muszę wiele ról odegrać. Każda, którą potrafimy, w jakiś sposób nas odzwierciedla. Jest naszym kolejnym obliczem. Więc nie jest tak, że kiedy odgrywamy przed innymi "spektakl", nie jesteśmy sobą. Jedynie im bardziej swoją postać przerysowujemy, tym bardziej jesteśmy odlegli od czucia się w niej naprawdę komfortowo. Tym mniej chcemy nią być w rzeczywistości.

    No właśnie...więc chyba mam odpowiedź, dlaczego mam siebie tak dość...

Autor: Dewiacyjny

środa, 4 stycznia 2017

Rozmowa z Nierozpoznanym

    Późnym wieczorem, Mateusz przez dłuższy czas stał na balkonie piątego piętra w swoim mieszkaniu. Ponoć głupcy tylko skaczą w nicość. Ale chyba bardziej bolesne jest żyć tam, gdzie jest wszystko, a nie można mieć nic. Więc wychodzi na to samo. Znów bił się ze swoimi myślami tak mocno, że zaczęły przychodzić różne halucynacje. Jednak w pewnym momencie miał pewną nietypową wizję. Próbował wspinać się ostatkami sił po śliskich, stromych ścianach. Ilekroć upadał, czuł, że dno się zaczyna pod nim powoli zapadać. W pewnym momencie nie potrafił się podnieść. Patrzył tylko na maleńką dziurę, która przepuszczała mały promień jakby symbolizujący nadzieję. Nagle to światło zaczęło mocniej świecić. Stopniowo zaczęło nawet razić. W końcu jego blask wypełnił wszystko wokół. Trwało to zjawisko przez dłuższą chwilę. Wszystko powróciło do pierwotnej formy. Pozostał tylko pewien tajemniczy gość. Wyglądał jak coś niedopełnionego. Nie nosił w sobie nic prócz pustki. Nie miał jednolitej rzeźby swojej postaci, choć był wzrostu Mateusza. Chłopak zląkł się z początku. Lecz przyglądał mu się uważnie i w końcu zapytał drżącym głosem:
- Kim jesteś?
- Nie wiem. - odpowiedział przybysz.
- Ja też... - rzucił Mateusz bez namysłu, choć chwilę później się zastanawiał nad tym, co obaj powiedzieli.
- Skąd jesteś? - spytał chłopak.
- Z przyszłości - odpowiedział tajemniczy gość
- Naprawdę? W takim razie jak się tu znalazłeś?
- Stoisz przed decyzją swojej przyszłości. Dlatego jestem.
- A jeżeli nie chcę już w niej być?
- To nie byłoby mnie tutaj.
    Zdziwiła Mateusza ta odpowiedź, lecz zarazem dała mu do myślenia.
- A jak tam jest? - zapytał chłopak
- Nie wiem - odpowiedział przybysz.
- Jak to?
- Będzie mi dane wiedzieć wtedy, kiedy Ty się dowiesz.
    Mateusz był już całkiem zdezorientowany i rzekł po chwili:
- Żyjesz w przyszłości i nie wiesz jak tam jest?
- W przyszłości na pewno będę wiedział.
- Nie rozumiem!
- Spójrz na mnie. Co widzisz?
    Bał się Mateusz odpowiedzieć, gdyż nie był przekonany, czy widzenie pustki nie jest przypadkiem złudzeniem.
- Nicość?... -  bąknął chłopak.
- Niewiadomą - poprawił go przybysz.
- A...a jak mógłbym Ci pomóc? Jak Cię rozwikłać?!
- Wypełnij mnie.
- Czym?
- Sobą!
- Jak?
- To tajemnica, lecz dowiedz się jak najwięcej o dzisiejszym dniu każdego dnia.
    Po tej wypowiedzi przybysz zaczął znikać.
- Poczekaj! Nie opuszczaj mnie! - krzyczał Mateusz, lecz już tajemniczy gość przestał być obecny.
    Światło z góry było wciąż tylko maleńkim promieniem, ale było wyraźne jak nigdy i padało prosto na chłopaka. Mateusz, zapatrzony w ten blask, powiedział cichutko, lecz z nadzieją:

- Jutro...


Autor: Dewiacyjny